Rzeczywistość tęskniąca za rozumem
Nazwałem ten blog „Chłopski rozum”, by opisywać i komentować to, co się wokół nas wszystkich dzieje, starając się zachować właśnie ów prosty, chłopski rozum. Rzeczywistość przerasta jednak wyobrażenia i szalenie trudno przyłożyć do niej kategorie zdroworozsądkowe.
Jak bowiem przyłożyć kryteria rozumu do sytuacji, w której rządząca partia czyni z budowania autostrad hasło swojej kampanii wyborczej do samorządów, wiedząc, że za chwilę trzeba będzie ogłosić obcięcie programu budowy tychże autostrad? Pomijam już kwestię budowy. Ale to już naprawdę nie można było wziąć innego hasła do kampanii? Jeśli rządzący nie wiedzieli, że trzeba będzie te wydatki obcinać, to tym bardziej trudno to oceniać rozsądkowo.
Jak spojrzeć z punktu widzenia rozumowego na to, że zamiast zajmować się w debacie publicznej problemami kraju i ich rozwiązywaniem odmieniamy przez wszystkie przypadki dzień w dzień słowa „Smoleńsk”, „samolot”, „zamach”, itp.? O Smoleńsku trzeba będzie chyba osobny wpis popełnić…
Czy jest jakikolwiek rozum w fakcie, że nie mamy w naszym kraju opozycji, która naprawdę byłaby w stanie recenzować rząd i zagrozić mu w wyborach?
Zamiast tego mamy jedną partię, Sojusz Lewicy Demokratycznej, która ma długi i nie może sprzedać własnej siedziby, a jej działacze zajęci są pluciem sobie nawzajem do zup, odwoływaniem jednego z najbardziej medialnych polityków swojego ugrupowania, Ryszarda Kalisza, a ten pojawia się na kongresie powstającego, konkurencyjnego ruchu politycznego. Ruch ten, którego myśl programowa sprowadza się do poparcia Janusza Palikota, wypączkował z partii rządzącej i sam szybko się zmarginalizował, sondaże nie dają mu szans na wejście do parlamentu. Jego lider złożył zaś mandat, wystawił na aukcję charytatywną legitymację poselską i grozi mu teraz za tę aukcję postępowanie prokuratorskie.
Druga partia, Prawo i Sprawiedliwość, stała się gwardią prezesa, powtarzającą ślepo wypluwane przez niego bez namysłu nienawistne brednie. Podlizanie się prezesowi, by pozostać w strefie jego względów, stało się jedynym motorem działania polityków tej partii. Prezes zaś wywalił z partii osoby, dzięki którym uzyskał niezwykle dobry wynik w wyborach prezydenckich (to się nazywa mieć gest w nagradzaniu). Osoby te utworzyły partię kanapową Polska Jest Najważniejsza (a Moja Racja Jest Najmojsza), która zapewne też nie wejdzie do sejmu w kolejnych wyborach.
Jak przyłożyć kryteria zdrowego rozsądku do tego, że kluczowy polityk opozycji, brat zmarłego prezydenta, jednocześnie twierdzi, że obelgi rzucane wobec tegoż prezydenta doprowadziły do katastrofy, w której zginął, a także do ataku szaleńca w biurze poselskim PiS, a jednocześnie ten sam prezes i jego pretorianie miotają najgorsze obelgi wobec premiera, twierdząc wprost, że sobie zasłużył i wolno? Ale jeśli jakiś szaleniec otworzy ogień w biurze poselskim PO, to to już nie będzie to z obelgami miało żadnego związku, prawda? No, bo jak Kali rzucać obelga, to być dobrze, a jak na Kalego rzucać obelga to być „niewyobrażalne chamstwo i podłość”.
Jak zdrowym, chłopskim rozumem ogarnąć sytuację, w której rządząca partia, mająca u swej genezy myśl liberalną, upiera się przy wprowadzaniu w Polsce cenzury internetu? O tym też trzeba osobny wpis popełnić…
Chciałem to wszystko jakoś ogarnąć i kiepsko mi to, muszę przyznać wychodziło. Nadal zresztą tego nie rozumiem. Jakoś jednak musiałem to wszystko sobie w głowie poukładać, by móc cokolwiek napisać. Otaczająca rzeczywistość wprawiła mnie na pewien czas w stan intelektualnego stuporu. Stąd długie milczenie. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Obiecane wyżej wpisy już niedługo…
Demokracja dla wybranych
Rzadko się wpisuję, bo to czasu mało niestety i ciągle tak odkładam: „a to jutro napiszę, dziś skończę robotę”. A potem temat ucieka. Teraz też by uciekł, ale jednak, choć z opóźnieniem, to napiszę.
11 listopada Warszawa zamieniła się w pole bitwy. Ponad 20 zarejestrowanych manifestacji. Nieźle. Manifestowali głównie narodowcy, którzy chcieli przejść z placu Zamkowego na plac Na Rozdrożu pod pomnik Dmowskiego oraz przeciwnicy przemarszu narodowców. I póki co wszystko byłoby OK. Usłyszałem jednak wiele wypowiedzi przedstawicieli antynarodowców, jakoby zarejestrowanie manifestacji narodowców było hańbą dla władz Warszawy.
Warto tu przypomnieć, że władze miasta nie są od wyrażania zgody lub jej braku w przypadku zgłoszenia manifestacji, ale od tego, by przyjąć ją do wiadomości. Przepis ten próbował nadinterpretować Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy, odmawiając rejestracji Parady Równości. Środowiska lewicowe podniosły wtedy, uzasadniony zresztą, raban i odwołały się do sądu, który przyznał im rację. Przedstawiona przez sąd intepretacja prawa podobała się środowiskom lewicowym, gdy chodziło o ich manifestację. Radośnie odrzuciły ją, gdy chodziło o manifestację przeciwników.
Nie podobają mi się hasła narodowców. Chciałbym bardzo, by nikt takich haseł w Polsce nie głosił. Chciałbym, by wszyscy byli otwarci i tolerancyjni. Tyle że tego się nie da zadekretować, to kwestia edukacji. Chciałbym, by nikt w tym kraju nie organizował marszy z pochodniami, by nikt nie wykonywał publicznie ani w gronie znajomym faszystowskich gestów, by nikt nie opowiadał bzdur o „Polsce dla Polaków”, itd.
Przypominają mi się jednak słowa Woltera:
„Je ne suis pas d’accord avec ce que vous dites, mais je me battrai jusqu’au bout pour que vous puissiez le dire.”
Wersja dla prawdziwych Polaków, czyli nie znających języków obcych, również tych, prawdziwie lewackich:
„Nie zgadzam się z Twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił Twego prawa do ich głoszenia.”
Skoro miasto miało obowiązek przyjąć do wiadomości manifestację narodowców (podobnie jak manifestację antynarodowców), to policja miała z kolei obowiązek zapewnić obu grupom możliwość manifestowania. I zapewniła. A że jedna grupa odmawiała drugiej takiego prawa i próbowała zakłócać jej manifestowanie, to ta odmawiająca bardziej oberwała. Cóż, dura lex sed lex. Demokracja działa w obie strony. Gdy prawicowcy próbują rozbić lewacką manifestację, obrywają. Gdy lewacy próbują rozbić prawicową manifestację, obrywają. Jest równość wobec prawa.
Ileś osób na Facebooku pisało, żeby usunąć się z grona ich znajomych, jeśli się uważa, że prawicowcy też mają prawo do manifestowania. Otóż, wybaczcie, moi drodzy, ale mi się nie chce. Jeśli czujecie potrzebę, usuńcie mnie z grona swoich znajomych sami. Nie jestem sprzątaczką, by sprzątać w Waszych profilach.
Wpisy Kataryny naruszają jej dobre imię
Axel Springer, wydawca „Dziennika” przeprosił blogerkę Katarynę za ujawnienie w maju 2009 roku jej tożsamości, a właściwie podanie informacji, które pewnej grupie ludzi mogły pomóc w tej tożsamości ustaleniu. Uporządkujmy więc parę faktów.
Kataryna to szefowa pewnej fundacji. Pisała swój blog, jak sama twierdziła anonimowo, gdyż mogło to zaszkodzić jej współpracy z organami państwowymi. Zasłynęła z ostrych politycznych wpisów, krytycznych wobec SLD i PO, a popierających PiS. Jej polityczne analizy i prognozy były równie nietrafione jak analizy i prognozy prof. Staniszkis, ale za to na tyle ostre, że chętnie cytowali je dziennikarze. W serwisach informacyjnych ogólnopolskich stacji telewizyjnych powoływano się na Katarynę jak na wybitnego politologa.
Całe zamieszanie wynikło po wpisach, które sprawiły, że urażony poczuł się ówczesny minister sprawiedliwości Andrzej Czuma. Postanowił on podać Katarynę do sądu. Ta jednak chowała się za anonimowym blogiem. Dziennikarze „Dziennika” (dzisiaj „Dziennik – Gazeta Prawna”) ustalili jej tożsamość. Jak twierdzi Kataryna, proponowali jej pisanie do swojej gazety, grożąc w przypadku braku zgody na rozmowę i współpracę, ujawnieniem jej tożsamości.
Uniesiona ideą wolności słowa blogerka grzmiała, że dziennikarze naruszyli jej prawo do prywatności, wolności słowa i czegoś tam jeszcze wolności. Sądząc po jej wpisach – wolności do głupoty. No, ale to już moja prywatna, wredna ocena. Uniesieni równie silną ideą odpowiedzialności za słowo przedstawiciele wydawcy twierdzili, skądinąd słusznie, że wolność słowa ma swoje granice, a za swoje słowa należy brać odpowiedzialność, czemu pisanie anonimowe nie służy. Przypominali, że Kataryna stała się osobą publiczną, co ani trochę jej nie przeszkadzało, a prawo osób publicznych do ochrony prywatności jest mniejsze.
Trudno odmówić ówczesnym argumentom wydawcy racji. Wbrew temu, co się wydaje zwolennikom PiS, Polska jest krajem demokratycznym. Pisanie anonimowe, ochrona tożsamości osób piszących o polityce, krytykujących z nazwiska przedstawicieli władzy jest wartością w państwach totalitarnych, w których, jak w Chinach czy Iranie, piszącemu grożą poważne konsekwencje za wyrażanie własnych poglądów. Ale Polska to nie Chiny. Katarynie po ujawnieniu jej tożsamości włos z głowy nie spadł. (I dobrze.)
Każdy ma prawo krytykować, kogo mu się żywnie podoba. Z imienia i nazwiska. Ale człowiek przyzwoity robi to, podpisując się imieniem i nazwiskiem. Nazywa się to odwagą cywilną. Jest to cnota nieco już zapomniana, zwłaszcza wśród tak zwanych blogerów. Podkreślam tu słowa „tak zwanych”. Blogosfera to ogromna wartość, znam wielu świetnych autorów świetnych blogów. Problem w tym, że internet stał się szambem, w którym każdy może opluć każdego, nie ponosząc za to konsekwencji. Łajno, jakiego mnóstwo w sieci, przyprawia czasem o odruch wymiotny. A genezą tego zjawiska jest poczucie bezkarności wynikające z przekonania o anonimowości.
Teraz Axel Springer już nie mówi o odpowiedzialności za słowo. A Kataryna nie mówi o obronie fundamentalnej zasady wolności słowa. Strony dogadały się i zawarły tajną ugodę. Jej widocznym efektem są przeprosiny, jakie opublikował AS.
Mnie rozbawił fragment o naruszeniu prawa Kataryny do czci i dobrego imienia. Jeśli ujawnienie, że Kataryna to Katarzyna S. miało narazić na szwank cześć i dobre imię owej Katarzyny S., to znaczy, że pisała ona rzeczy, które stawiają ją samą jako autorkę w złym świetle. I tu całkowicie się zgadzam.
Radziszewska musi, ale co?
W ostatnich dniach rozgorzała gorąca dyskusja na temat Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania. Jedni domagają się odwołania Elżbiety Radziszewskiej, twierdząc, iż premier musi to zrobić, by zachować wiarygodność. Inni z kolei żądają, by premier Radziszewskiej nie odwoływał, twierdząc, cóż za zaskoczenie!, że premier nie może jej odwołać, jeśli chce zachować wiarygodność. Padają wielkie słowa.
W gruncie rzeczy, Elżbieta Radziszewska ma to, o co się sama od dłuższego czasu prosiła, a tym razem zrobiła sporo, by wywołać zamieszanie. Zapewne była dobrym lekarzem, pewnie – również pracowitym posłem. (Feministki muszą jakoś to znieść, ja nie będę się wydurniał z żeńskimi formami.) Ponoć szykowała się na stanowisko ministra zdrowia, które jednak przypadło Ewie Kopacz (i całe szczęście), a stanowisko pełnomocnika było formą otarcia łez.
Jak było naprawdę zapewne nie dojdziemy, faktem jest jednak, że powołanie na to stanowisko było robieniem krzywdy Radziszewskiej, która do tego zwyczajnie się nie nadaje. Nie nadaje się, bo za walkę z dyskryminacją mniejszości nie może odpowiadać w rządzie ktoś, kto swoimi działaniami i wypowiedziami sprawia, że nie jest w stanie z tymi mniejszościami w ogóle rozmawiać. Pełnomocnik nie musi popierać wszystkich postulatów środowisk homoseksualnych, czy feministycznych (a sporej części wręcz popierać nie powinien, bo są głupie), ale musi umieć zbudować dialog. Radziszewska tego nie umie. Jest złym ministrem i tyle.
W wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” Radziszewska oświadczyła, iż szkoła katolicka nie musi zatrudniać lesbijki. Wywołało to łatwą do przewidzenia furię i zmasowany atak środowisk lewackich. Generalnie, jeśli jest to szkoła prywatna, to osobiście uważam, że Radziszewska ma rację. Tyle że szkoła ta na ogół korzysta z dotacji publicznych, co ogranicza w tych kwestiach jej autonomię. Niemniej, uważam, że tu Radziszewską powinno się bronić, gdyby nie to, że sama tę obronę utrudnia. Powinno się, bo rodzic, który wysyła dziecko do szkoły wyznaniowej, korzysta z konstytucyjnego prawa do decydowania o sposobie wychowania swojego dziecka.
Tyle że Radziszewskiej bronić się nie da w żaden sposób bo jej występie w „Dzień dobry TVN”. Nikt nie ma prawa używać przeciwko drugiej osobie informacji o jego życiu seksualnym. W szczególności nie ma prawa robić tego urzędnik państwowy. Ja nawet byłbym w stanie zrozumieć intencje Radziszewskiej. Oto bowiem kazano jej dyskutować z kimś, kto prezentował się jako obiektywny ekspert od walki z dyskryminacji, będąc de facto lobbystą. Jak mogę się domyślać, Radziszewska odebrała to jako element manipulacji i chciała tę, skądinąd ewidentną, manipulację obnażyć. Tyle że tak czy siak – nie wolno jej było użyć argumentu orientacji seksualnej oponenta i wyciągać publicznie jego intymnych spraw. To po pierwsze niegodne i nieprzyzwoite w przypadku każdego człowieka, po drugie niedopuszczalne w przypadku urzędnika publicznego, który w relacji z obywatelem jest stroną silniejszą i musi wykazywać się szczególną uważnością.
Co zatem Radziszewska musi? Powinna się podać sama do dymisji. Wiemy jednak, że tego nie zrobi, bo sama już to oświadczyła. Co zatem powinien zrobić Donald Tusk? Odwołać czym prędzej Radziszewską. A co potem? A potem niech kwestiami ochrony obywateli przed dyskryminacją zajmuje się Rzecznik Praw Obywatelskich. Powoływanie nowego Pełnomocnika w tej chwili nie miałoby sensu. Do wyboru zostało już niewiele czasu, a nowa osoba na takim stanowisku musiałaby de facto tworzyć je od zera.
Witaj, świecie!
Pora się przywitać. W końcu to nowy blog. Chłopski rozum. Popatrzmy razem na otaczający nas świat i porozmawiajmy o nim, zachowując zdrowy rozsądek. Bez ideologicznych, tak lewackich, jak i prawicowych, odchyłów.
